• Bez kategorii
  • 1

Rzeźniczki z Rozbieganego

Zaczęło się od startu honorowego w Cisnej w sobotę, 28 maja. Z Cisnej wszyscy uczestnicy przejechali zabytkową kolejką do Solinki, skąd wystartowali do biegu właściwego. Trakt prowadził najpierw szutrową drogą do pasma granicznego i dalej niebieskim szlakiem granicznym aż na szczyt Okrąglik. Następnie zawodnicy zbiegli czerwonym szlakiem do Cisnej. Trasa biegu – choć dosyć trudna – była przepiękna i malownicza. Rozbiegane Rzeźniczki Poniżej relacja z biegu widzianego oczami dwóch startujących zawodniczek. Marta: W Bieszczady pojechaliśmy z zamiarem spróbowania swoich sił w pierwszym – dla wielu z nas – biegu górskim, jak i po to, żeby miło spędzić długi, majowy weekend. W pierwszy dzień po przyjeździe postanowiliśmy w ramach rozruchu wejść na jeden z pobliskich szczytów (Fereczata). Okazało się, że szlakiem, który wybraliśmy, poprowadzona została nowa trasa Biegu Rzeźnika i mieliśmy okazję pokibicować biegaczom na dystansie ok. 80 km. Widok zmęczonych, ale i szczęśliwych biegaczy zmotywował nas i wprowadził w stan przedstartowej tremy. Dzień później, o godzinie 07:00 rano stawiliśmy się w Cisnej, aby przejechać zabytkową kolejką na start. Jako że był to mój pierwszy bieg górski i jednocześnie najdłuższy dystans, z jakim przyszło mi się zmierzyć, po przejściu na start postanowiłam ustawić się mniej więcej w połowie stawki, ponieważ zupełnie nie wiedziałam czego spodziewać się na trasie. Od strzału do momentu kiedy przekroczyłam linię startu, minęła ponad minuta. Pierwsze 3 kilometry po szutrowej drodze przypominały bardziej zatłoczony bieg uliczny niż górski. Ten czas spędziłam na obserwowaniu biegaczy, których miałam wokół siebie i szukaniu jakieś grupy o podobnym tempie. Szybko się zorientowałam, że ludzi jest zbyt dużo, żeby potem swobodnie biec po szlaku i trzeba zacząć wyprzedzać od razu. Niestety, pierwsze 10 km biegłam nie tak jak chciałam i mogłam, ale tak, na ile pozwalali mi biegacze przede mną. Przy każdej okazji starałam się wyprzedzić jak najwięcej osób, ale i tak niewiele dało się zrobić. Po 10 km miałam dla siebie trochę miejsca i przyszedł czas na pierwszy żel. Oczywiście w moim przypadku skończyło się na poklejonych rękach i twarzy, ale większą część, którą udało mi się trafić do buzi przyswoiłam bardzo szybko i na zbiegu do punktu kontrolnego na 14 km leciałam uważając tylko na to, żeby nie stracić zębów. Do bukłaka nalałam sobie ponad litr wody, dlatego postanowiłam nie zatrzymywać się na przepaku ,żeby nie tracić już więcej czasu. Kiedy wpadłam na punkt i zobaczyłam pierwszych kibiców, dostałam dużą dawkę motywacji i korzystając z rozpędu, którego nabrałam przy zbiegu przeleciałam przez przepak, niewiele nawet patrząc, co się tam dzieje. A potem zobaczyłam TO. TO oznaczało pionową ścianę rosnącą przede mną jak okiem sięgnął. Zostało mi tylko westchnąć i spuścić grzecznie głowę, skupiając się na tym, żeby stracić jak najmniej siły na podejściu. Po jakichś 100 metrach zobaczyłam przed sobą znajome buty, które jak się okazało należały do Mateusza, który wystartował razem z chłopakami z przodu stawki i zakładałam, że nie mam szans ich dogonić. Okazało się, że z jakiegoś powodu miał straszne skurcze, które uniemożliwiły mu trzymanie dotychczasowego tempa, a nawet myślał o zejściu z trasy. Mocno się zestresowałam i postanowiłam, że skoro ja czuję się dobrze, to pobiegniemy dalej razem i może moja obecność pomoże mu przetrwać do mety. Trzymaliśmy się razem przez prawie całe podejście na Okrąglik, lecz między nami zaczęło pojawiać się coraz więcej osób, a ja czułam duży zapas sił i postanowiłam pobiec dalej swoim tempem. Jakieś 3 kilometry dalej, na podejściu pod Jasło dogoniłam kolejną osobę z naszej grupy, której nie spodziewałam się spotkać. Marcina, podobnie jak Mateusza, męczyły dokuczliwe skurcze uniemożliwiające bieg. Po krótkiej rozmowie znów ruszyłam swoim tempem, z nadzieją, że chłopaki cało i zdrowo dotrą do mety, mimo bólu i walki z samym sobą. Z „odprawy” jaką zrobiła nam Monika, czyli nasza najbardziej doświadczona górska ultraska , wiedziałam że Małe i Duże Jasło to ostatnie szczyty do pokonania, a potem będzie już w dół prosto do mety w Cisnej. Na 22 km spojrzałam na zegarek i oceniłam, że mam realne szanse na to, żeby złamać 4 godziny. Jednak długi i stromy zbieg okazał się dla mnie jednym z najtrudniejszych elementów biegu. Przez słabą technikę praktycznie przy każdym kroku obciążałam palce u stóp, co było dosyć bolesne. Ponadto musiałam uważać na zmęczone już mięśnie ud, które wraz z kolejnymi obciążeniami wydawały mi się coraz słabsze. Ale na 2 km przed metą zrobiło się przede mną praktycznie pusto, biegłam na plecach jednej osoby, wyprzedzałam i dobiegałam do kolejnej i tak było już do mety. Kiedy usłyszałam bębny i kibiców myślałam już tylko o tym, żeby tam być. Na metę wbiegałam ze łzami w oczach, szczególnie, że byli tam już Andrzej i Leszek, którzy kibicowali mi na tych ostatnich metrach. Rzeźniczek to jak do tej pory mój najcięższy, ale i najbardziej satysfakcjonujący bieg. Bieganie po górach jest magiczne i wiem, że pójdę w stronę takich biegów. I okiem Kasi: Bieszczadzki Festiwal Biegowy to impreza, na której jestem cyklicznie, choć do tego roku jako wsparcie i asysta dla kogoś. Ale w 2015 podjęłam decyzję: za rok zmierzę się z „Rzeźniczkiem”. W grudniu emocje z wpisaniem się na listę startową, a w styczniu już potężny cios: choroba, a raczej skutki leczenia wyeliminowały mnie z przygotowań. Z głowy jednak nie wyrzuciłam, a gdy nastał maj i mogłam wrócić do treningów, wiedziałam już, ze jest żałośnie mało czasu. Obiecałam sobie i bliskim rozsądek na trasie. W taki oto sposób, górski bieg liczący zaledwie 28 kilometrów, dla mnie stał się ekstremalny. Bieg – legenda. Bieg – wielka niewiadoma. I to, co przeżyłam na szlaku jest praktycznie nie do przekazania. Przeżycie, jak głęboka medytacja; kiedy człowiek skoncentrowany jest na sygnałach ze swojego organizmu, na bólu, który trzeba przezwyciężyć, kiedy jest TU I TERAZ tak silnie, że żadna myśl nie zakłóca jego skupienia. Ty i kamienie pod stopami, Ty i przepaść po prawej, Ty i palące słońce lub grzmoty burzy za plecami. Nie napiszę o tym, jak walczyłam o minuty, czy jak kogoś doszłam i prześcignęłam ostatkiem sił, bo tego po prostu nie było. Mimo 900 osób ,ja byłam sama z górami. Sprawdzian, którego nigdy nie zapomnę. Tak, jestem wielkim zwycięzcą – dałam radę zrobić tą trasę, ale uwierzcie: czuję się malutka i pokorna wobec żywiołu, jakim są góry. Jeśli miałabym kogoś namawiać do uczestnictwa w biegu górskim, powiedziałabym: sprawdź tam, kim jesteś. I na pewno bym dodała: zrób to w Bieszczadach ;-). I na koniec jeszcze napiszę: za rok, jeśli pozwolą okoliczności, staję znów tam na starcie. Wyniki naszych zawodników:

  • Andrzej Fabisiak: miejsce 46, czas: 3.00.42 kat. M50 – 1
  • Leszek Bielawski: miejsce 161, czas: 3.25.22 kat. M40 – 27
  • Marta Lemieszka: miejsce 343, czas: 3.48.20 kat. K20 – 19
  • Ewa Fabisiak: miejsce 413, czas: 3.56.30 kat. K40 – 10
  • Marcin Leśniak: miejsce 457, czas: 4.00.14 kat. M30 – 179
  • Mateusz Zawada: miejsce 508, czas: 4.06.29 kat. M20 – 74
  • Katarzyna Kuna: miejsce 971, czas: 6.06.57 kat. M40 – 90
Medal Rzeźniczka]]>

1 Odpowiedź

  1. Marcin Leśniak pisze:

    Marta ja jestem tylko człowiekiem więc nie wiem skąd Twoje zdziwienie 😛

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *